piątek, 2 listopada 2012

Rozdział I - Była niebezpieczna, była niekochana.


... i spojrzała zza firanki, nie była w stanie powiedzieć co ją tak oślepiło. Wyciągnęła swoją różdżkę. Nie pamiętała żadnego zaklęcia. Wypowiedziała pierwsze, które przyszło jej do głowy : EXPELLIARMUS.
Mimo wszystko nikogo już tam nie było. Leżała tylko mała kulka pergaminu na podłodze. Kiedy Mandy miała go już podnieść ktoś wbiegł do pomieszczenia. Zdyszany chłopak wyciągnął różdżkę i rzekł:
- Lumos. 
Nagle cały pokój został oświetlony. Dziewczyna ścisnęła różdżkę w dłoni chowając się za zasłoną. Stała tyłem, ale czuła że ów osoba się zbliża. Ścisnęła różdżkę jeszcze bardziej i wyskakując z ukrycia niczym piorun wypowiedziała głośno zaklęcie: SECTUMSEMPRA! Kiedy przeciwnik leżał odepchnięty dalej Mandy podniosła go, przycisnęła do ściany i rzekła:
- Nic nie widziałeś, puszczę Cię. Ale musisz obiecać, że nikomu w Hogwardzie o tym nie wspomnisz!
Poczuła chłodny oddech krążący jej nad karkiem. Westchnęła, puściła przeciwnika i odwróciła się. Skierowała oczy ku górze i zobaczyła pewnego chłopaka, ale nie tego który właśnie leżał na ziemi ledwo oddychając.
- Cofnij się, albo zabije Ciebie i niego! - wrzasnęła ściskając swoją różdżkę, która wymierzona została w owego gościa.
- Nie chcę zrobić krzywdy ani Tobie, ani Jemu. - spojrzał na leżącego chłopaka. - Ale musisz wiedzieć, że jeśli mnie zaatakujesz odważę się i oddam nawet tak delikatnej dziewczynie jak ty. - uśmiechnął się drwiąco i puścił oczko.
- Nie mów tak! Nie waż się mnie prowokować! Nie możesz! Nie chcesz! - mówiła przez zęby z taką wściekłością, że mogła nawet użyć  najgroźniejszych zaklęć jakich się nauczyła.
- Ależ kochaniutka, pojedynek tutaj z Tobą to jedno z moich marzeń. - uśmiechnął się jeszcze bardziej drwiąco.
Nie zawahała się i krzyknęła:
-  CRUCIO
Chłopak zrobił unik tak szybko jak wypowiedział to zaklęcie :
ACCIO!
I jak na rozkaz różdżka dziewczyny znalazła się teraz w rękach chłopaka. Oszołomiona kolejnym zaklęciem ogłuszającym zerknęła na martwego mężczyznę w granatowym płaszczu, który trzymał różdżkę. Wiedziała, że ów różdżka nie sprawdzi się tak dobrze jak jej samej, ale musiała się bronić. Przykucnęła i przeturlała się do swego celu.
- Spryciula. - pomyślał chłopak.
- RICTUSEMPRA! - krzyknęła Mandy.
Tym razem chłopak dostał. Upadł na podłogę. Przeciwniczka podeszła do niego i kładąc mu stopę na piersi zawołała:
LEGILIMENS! 
W tym momencie miała nadzieję zobaczyć chodź trochę wspomnień z jego życia. Ale nie zobaczyła nic. Tak jakby nie miał duszy, jakby był zwykłym mugolem. Ale to nie możliwe, żaden mugol nie miał możliwości to wyczarowania tak silnych zaklęć. Wzięła swoją różdżkę, spojrzała na chłopaka jeszcze raz i zagwizdała przez palce. Pojawił się nagle czarny, kościsty smok ziejący ogniem. Mandy wzięła jeszcze tylko świstek papieru, rzuciła zaklęcie FURNUNCULUS ' w stronę chłopaka i wzleciała na smoku ku szaremu od dymu niebu. Podróż, trwała chwilę, lecz niebo, nawet tam - nad Hogwardem było szare niebo. Nie od dymu, tylko od bólu, od tęsknoty. Poczuła kłucie w sercu, rozglądając się zauważyła dementorów. Stojących u bram Hogwardu. Wzniosła się w górę, by trudniej było ją dostrzec, 
- Mandy! Jak ty wyglądasz.
- Cicho już. Wiem że ci Harrego przypominam ale musisz mi pomóc!
- A więc cię słucham, siadaj sobie. Zrobię herbatę.
Usiadła zdejmując zakrwawiony płaszcz i kładąc go na kanapie. W tym czasie Hagrid nalał do dwóch filiżanek ciepłej, cytrynowej herbaty i położył na stoliku ciastka z jagodami.
- Hagrid, zrozum. Ja przyszłam tylko po pomoc. - westchnęła Mandy.
- Dobrze mała, ale najpierw... CHOLIBKA! Chowaj się za kanapę, Dolores idzie!
Posłusznie schowała się za kanapę wyciągając różdżkę tak na wszelki wypadek. Słyszała stukanie butów na koturnie. I ten okropny kwiatowy zapach. Słyszała też kłótnię, najgorsze wyzwiska, chwilami miała ochotę wyskoczyć zza mebla i załatwić ją raz na zawsze, ale się powstrzymała.
- Hagridzie, jesteś tu tylko gajowym. Ale musisz się jej pozbyć! - dosłyszała tylko tyle tej rozmowy. - Oj, ukrywasz coś przede mną! Czuję JEJ zapach, Hagridzie, odsuń tą kanapę!
Serce Mandy zaczęło bić coraz szybciej i szybciej. Ścisnęła różdżkę, bo wiedziała że musi się obronić.
Hagrid posłusznie odsunął kanapę szepcząc Mandy w ucho : ' przepraszam mała ' . W tej chwili Mandy stała naprzeciwko Dolores. Na jej polikach widniały szramy, krew i zmazany tusz do rzęs. Jej niebieskie oczy wpatrywały się teraz w różdżkę profesorki.
- Mam cię dosyć wredna jędzo! Nie pasujesz tutaj! - ryknęła Dolores.
- Zamknij się! Kto pozbawił mnie jedynego dachu nad głową?! Kto prawie mnie zabił za sprawą swojej wielkiej dumy?!
- Ah, właśnie. PRAWIE. Ale dzisiaj to dokończę. FURNUNCULUS!
Mandy upadła porażona. Odetchnęła i wstała. PETRIFICUS TOTALUS. Ryknęła. Tym razem ów profesorka upadła. A dziewczyna zamiast ją wykończyć uciekła do Hogwardu. W podartej zakrwawionej sukience zupełnie na boso dobiegła do wejścia. Alohomora ! . Wydobył się dźwięk. Odwróciła się, a za nią biegły wszystkie możliwe jednorożce. Zza drzwi ukazał się Albus Potter. Syn Harrego. 
- Co ty tu robisz? Uciekaj! - krzyknęła Mandy.
- Mogę o to samo zapytać się ciebie kochaniutka. 
- Dobra, nie czas na żarty. Zaprowadź mnie do saloniku Gryfonów! 
- Na życzenie. 
I biegli razem, mijając setki uczniów, nauczycieli. Wbiegli po ruchomych schodach, przez obraz Grubej Damy, do salonu. W nim nikogo nie było. Mandy zaczęła szukać po wszystkich zakamarkach. 
- Czego szukasz? - zapytał Potter.
- Książki... do... zielarstwa. - wyjąkała. 
- Jasne, kochaniutka. Bo uwierzę, że wracasz po 2 latach do Hogwardu tylko po jakąś debilną książkę. 
- Dobra, Albus. Zrób coś dla mnie.
- Co tylko chcesz kochaniutka. - zbliżył się do niej, najwidoczniej za blisko, bo dostał w twarz. - Jak śmiesz uderzyć potomka POTTERA.
- Oh, zamknij się już. 
- Przesadzasz kochaniutka. 
- Ty też. Więc zrób dla mnie przysługę i zawołaj McGonagall.
- Phi. A czemu ty nie możesz?
- Bo ja kochanie, zostałam dwa lata temu stąd wyrzucona. 
Odszedł bez słowa. Miała okazję zobaczyć do dormitorium chłopców. Weszła i natychmiast rzuciła się na walizkę Pottera. Szukała czegoś, chociaż sama nie widziała czego dokładnie. 
- A ty co?! - usłyszała miły znajomy głos. 
- Profesor McGonagall! Jak miło mi...
- Witam Cię, cóż cię tutaj sprowadza? - rzekła kojącym tonem. Nie była zła, nawet nie była rozczarowana. Uśmiechnęła się, była życzliwa. 
- Sprawa życia i śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz